poniedziałek, 7 listopada 2011

Wypadek.

              Promienie słońca ogrzewały ramiona trzem kobietom jedzącym śniadanie. Iwona każdej niedzieli była niespokojna, zbyt uważna. Czepiała się o wszystko, by tylko zapewnić córkom jak największe bezpieczeństwo. Uważaj na siebie, uważaj na ulicy, melduj się co godzinę, będę dzwoniła! Córki czasem miały tego dość, lecz nie zwracały mamie uwagi. Wiedziały, co jest tego powodem. Po południu Julia chciała iść na zakupy. Obiecywała, że będzie na siebie uważała, że da radę, że zabierze ze sobą jakąś koleżankę. Nie, nie i nie. Matka uparła się, że to ona zawiezie ją na miejsce i ona spędzi z nią czas na zakupach. Lekko zdenerwowana Iwona naszykowała się i wraz z córką wyjechały z podwórka fiatem Punto. Matka starała się uważać, na każdym zakręcie, każdym skrzyżowaniu, każdym pokonywanym metrze. W pewnym momencie zauważyła znak z ograniczeniem prędkości. Chciała sprawdzić, czy nie jedzie zbyt szybko. Gdy podniosła znów wzrok, nie zauważyła znaku mówiącego o tym, iż w tym miejscu należy ustąpić pierwszeństwa. Nawet nie spojrzała, czy z prawej strony jedzie jakieś auto, wydawało jej się, że na tym skrzyżowaniu na pewno ma pierwszeństwo. W pewnym momencie huk, wyrwało jej ręce z kierownicy. Samochód sunął w lewą stronę, matka nie wiedziała co się dzieje. Nagle ciemność, nic, pustka.

            Iwona ocknęła się. Leżała na łóżku w karetce. Nie wiedziała co się dzieje. Nie odczuwała bólu, czuła się normalnie. Ratownicy pogotowia powiedzieli, że nic jej nie dolega, jedynie straciła przytomność, jednak niezbędna jest kontrola lekarza. Iwona natychmiast spytała o córkę. Gdzie jest, co się z nią stało. Oznajmili jej, że ich córka w złym stanie wieziona jest drugą karetką do tego samego szpitala.
            Wieczorem jeszcze tego samego dnia wystawiono diagnozę. Izabela natychmiast po wiadomości od mamy zjawiła się w szpitalu. Iwonie nic się nie stało, kilka siniaków, nic poważnego. Julia jednak zapadła w śpiączkę.           
            Gdy matka wraz ze starszą córką siedziały na korytarzu czekając na jakiekolwiek informacje, zjawiła się pani doktor. Trudno jej było to oznajmić, lecz w końcu się na to zdecydowała. Kazała kobietom siedzieć i poinformowała je, że u Julii zdiagnozowano poważny uraz kręgosłupa i najprawdopodobniej do końca życia nie będzie miała sprawnych obu nóg. Po prostu, straciła w nich czucie. Całe szczęście, że Iwona z Izabelą siedziały. Nie mogły powstrzymać płaczu, w tej samej chwili łzy strumieniem zaczęły lać się po ich policzkach. Kolejna tragedia, kolejna niedziela zaliczona do tych złych niedziel. Matka właśnie w tym momencie poczuła, że wali jej się to, co przez ostatnie trzy lata próbowała odbudować. Przytłaczała ją świadomość, że to jej wina. Nic nie opisze jej uczuć. 

czwartek, 3 listopada 2011

Straszna wiadomość.

Szpital. Julia leżała wciąż wpatrując się w drzwi, miała nadzieję,  że pojawi się ktokolwiek. Matka, siostra, pielęgniarka. Choć w środku czuła straszliwą pustkę, choć wystraszyło ją to, co zaszło przed chwilą, choć nie miała się do kogo odezwać – nie uroniła ani jednej łzy. Obiecała to sobie, gdy dowiedziała się, że zmarł jej ojciec. Wtedy ostatni raz cofnęła łzy z oczu z powrotem do wewnątrz. Czasem, gdy budziła się rano, łzy leciały jej z oczu, przeczyszczały oko. Złościła się wtedy, ponieważ świadczyło to o złamaniu obietnicy, lecz w końcu przestała zwracać na to uwagę. Ważne, że starała się, choć było to okropnie trudnym wyzwaniem.            Po kilkunastu minutach, w ciągu których dziewczynce udało się oczywiście oderwać wzrok od drzwi, do sali szpitalnej ponownie zawitała matka. Wróciła, Julia zauważyła w jej oczach łzy. Przyglądała się jej bacznie. Niewinny wyraz twarzy dziewczynki i oczy pragnące wiedzieć, wprawiały matkę w odrętwienie. Usiadła więc ponownie na krzesełku i nie mówiła nic, milczała. Piętnastolatka nie miała zamiaru pytać. Twarz Iwony, jej mamy, wskazywała na to, że nie ma najmniejszej nawet ochoty wydobyć z siebie choćby mruknięcia. Milczała więc i cieszyła się, że nie musi siedzieć sama. Zajęła się zdrapywaniem błękitnego lakieru ze swoich paznokci.
            - Dzień dobry, wypoczęta? – do sali weszła pielęgniarka o przemiłym wyrazie twarzy.
            - Dzień dobry. Można powiedzieć, że tak – odpowiedziała Jula.
            Gdy pielęgniarka spojrzała na matkę, jej wyraz twarzy zmienił sie nie do poznania. Uśmiech w oczach zastąpił strach. Poprosiła Iwonę, by porozmawiały na chwilę na osobności.
            - Jak mniemam, jeszcze nie powiedziała pani córce, co się stało? – spytała pielęgniarka, gdy zamknęły za sobą drzwi od Sali.
            - Myślałam, że będzie pamiętała choć ociupinkę, a ona ma wielką lukę w pamięci, jakby tamtego dnia nie było. A ja? Boję się jej o tym powiedzieć, niech pani zrozumie.
            - Rozumiem – stwierdziła pielęgniarka spuszczając wzrok. – Takie powikłania, jak zanik pamięci, zdarzają się. To nie jest powód do zmartwień. Ale jedno jest pewne – musi pani powiedzieć córce, jaką wystawiliśmy diagnozę. Najlepiej teraz, ona musi się z tym pogodzić.
            Iwona utkwiła wzrok w suficie. Postanowiła już, że nie powie tego ona, nie jest w stanie, nie ma tyle odwagi. Nie zmieniła zdania.
            - Izabela. Ona będzie w stanie jej to przekazać – stwierdziła matka przenosząc wzrok z sufitu na przeciwległą ścianę.
            - Dobrze, trzymam panią za słowo – odpowiedziała pielęgniarka i skierowała się w przeciwnym kierunku, niż drzwi sali Julii. Matka wyjęła telefon z kieszeni.
            - Iza? Izuniu, obudziła się.
            - Hej mamo, no w końcu, cały tydzień czekałam. Wszystko z nią w porządku, jak zareagowała? – pytała starsza córka.
            - Przyjedź tu, proszę Cię – powiedziała Iwona i rozłączyła się.
            Izabela pospieszyła w stronę drzwi. Zamknęła je za sobą i ruszyła rowerem w stronę szpitala.
            Gdy matka zobaczyła Izę na końcu korytarza, nie mogła powstrzymać łez. Izabela, wysoka, siedemnastoletnia dziewczyna o długich blond włosach i piwnych oczach – po matce, kroczyła spiesznie w stronę Iwony. Na jej twarzy malowało się przerażenie.
            - Co się stało?
            - Nie potrafię jej tego powiedzieć – powiedziała Iwona prosto w oczy swej starszej córce. – Nawet nie wiesz, jaki to ból, uświadamiać dziecko o takiej tragedii. Wiem, że powinnam to zrobić, lecz nie mogę, nie potrafię. Chciałabym, byś ty jej to przekazała.
            Iza spuściła powoli wzrok. Wiedziała, że nie może odmówić, chciała oszczędzić cierpienia matce. W końcu trzy lata wcześniej odniosła jedną z większych strat swego serca – swojego męża.  Miała świadomość, że stoi przed nią nie lada wyzwanie. Czuła się zobowiązana, a jednocześnie okropnie bała się spojrzeć w oczy swojej najukochańszej siostrze.
            Gdy w końcu Izabela ochłonęła i zdecydowała się przekazać Julii to, co powinna, starsza córka wraz z matką weszły do sali szpitalnej najmłodszej pociechy. Dziewczynka leżała wciąż w tej samej pozycji na łóżku, nie mogła ruszyć nogami, poprawić się w jakikolwiek sposób. Denerwowało ją to, lecz nie dała tego po sobie poznać. Na widok dwóch kobiet razem, uśmiechnęła się nieznacznie.
            - Hej Juluś – Iza przesłała uśmiech młodszej siostrze.
            - Hej Izabel.
            - Słuchaj, musimy pogadać – powiedziała starsza siostra i usadowiła się na łóżku obok Julii. – Pewnie zastanawiasz się dlaczego nie możesz ruszyć nogami.
            - Już wiem, mama powiedziała, że dali mi jakieś tam znieczulenie. Ale wiesz co mnie zastanawia? To, z jakiego powodu się tutaj znajduję. Nic nie mogę sobie przypomnieć – stwierdziła Julia. Mówiła to odważnie wprost w oczy Izy.
            - Właśnie to chciałam sprostować, ale może zacznę od samego początku.
            I tak Iza sięgnęła pamięcią zeszłej niedzieli.

poniedziałek, 31 października 2011

Ojciec Julii.

Miał na imię Grzegorz. Jako dwudziestoletni mężczyzna wziął sobie za żonę Iwonę, kobietę, która całkowicie skradła mu serce. Byli razem szczęśliwi, całe miasteczko zazdrościło jej tak wspaniałego, odważnego i przystojnego męża. Po roku zdecydowali się na dziecko. Decyzję podjęli niemal z dnia na dzień, by po dziewięciu miesiącach na świat przyszła Izabel, pierwsza córeczka. Trzy lata później na świat przyszła druga córka – Julia. Żyło im się wspaniale. Grzegorz był strażakiem, którego chwalono i ceniono w mieście za zasługi, za to, że zawsze był. Iwona pisała. Była autorką trzech książek o ciąży, dzieciach. Wciąż dziergała coś w swoim notatniku, by później ubierać to w cudowne słowa przemawiające do wielu kobiet w kraju. Córki uczyły się w szkole w mieście. Mieszkali w niewielkim, drewnianym domku ze wspaniałym ogródkiem, o który dbała cała czwórka. Nie jedni zazdrościli im tego, że tak doskonale radzą sobie z dziećmi, pracą, domem. Dziewczynki były śliczne, dobrze wychowane. Były dumą rodziców.
            Pewnego jednak dnia coś złego zawisło w powietrzu. Była niedziela. Niedziela, jak niedziela. Wszyscy wstali dość późno i jedli śniadanie w kuchni. Rozmawiali na przeróżne tematy, wymieniali się najnowszymi wydarzeniami tygodnie. Grzegorz opowiadał, ile to kotów ściągnął z drzew i dachów w minionym tygodniu. Iwona mówiła, jak wiele udało jej się już napisać. Dziewczynki chwaliły się dobrymi ocenami, osiągnięciami w konkursach. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Odebrał ojciec. Wzywali go. Fabryka na przedmieściach, w której pracowało tyle ludzi, zawaliła się.  Przeprosił żonę, dzieci, że nie spędzi z nimi dzisiaj dnia. Obiecał, że wróci jak najszybciej będzie mógł. Obiecał, że wróci. Gdy dotarł na miejsce nie wierzył własnym oczom. Zero wyjścia, ludzie, którzy pracowali, zostali uwięzieni w środku, a zadaniem ich – strażaków – było wyciągnąć ich stamtąd bezpiecznie. Grzegorz wraz z innymi strażakami zaczęli przedzierać się przez tony gruzu. Nasłuchiwali krzyków ludzi, nawoływań o pomoc. Ciszę przerywały dwa, może trzy krzyki. Rozeszli się, by móc uratować każdą żywą istotę. Grzegorz, jako zaawansowany strażak, poszedł jedynie ze swoim najlepszym przyjacielem, Krzyśkiem. Przedzierali się przez mgłę kurzu, gdy nagle dotarli do wąskiej szczeliny, za którą kryła się dość głęboka dziura, w której ktoś szukał drogi, jednak bez wyjścia. Kobieta. Dwaj strażacy starali się przecisnąć przez otwór. Pierwszy wszedł Grzegorz, potem Krzysiek. Do tej pory ich koledzy zastanawiają się, dlaczego poszli razem, dlaczego jeden nie zaczekał na zewnątrz. Kobieta przyciśnięta była przez maszynę, która na szczęście nie działała. Próbowali ją spod niej wydostać, bezskutecznie. Postanowili wezwać pomoc, kazali jej chwilę czekać, zapewnili, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Pierwszy wyszedł Krzysiek. Przedarł się ledwo przez szparę, gdy nadeszła kolej na Grzegorza. Przyjaciel starał się mu pomóc, wziął go za rękę i wciągał stopniowo na zewnątrz. Jeden nieostrożny ruch, poruszona płyta. Wszystko wewnątrz dziury, z której właśnie próbował wydostać się Grzegorz, zostało przygniecione gruzem wraz z nim i kobietą. Ten, który przeżył, natychmiast wydostał się z fabryki by wezwać pomoc. Wtargnęli tam w siedmiu ze specjalnym sprzętem. Gdy dotarli na miejsce wraz z maszynami, zajęło to pokaźną chwilę. Zaczęli odgarniać gruz, przedzierać się przez kłęby kurzu. Dwa ciała, których życie uszło wraz z potężnym uderzeniem. Dwa ciała – kobiety, która została prawie uratowana i mężczyzny, który ją prawie uratował. Widok był przerażający.
            Wieść o śmierci najbardziej cenionego strażaka szybko rozeszła się po miasteczku. Żona dowiedziała się pierwsza. Świat zawalił się dla niej równie tak, jak gruz tamtej niedzieli w fabryce. Na pogrzebie było bardzo dużo ludzi, kościół wypełniony był po brzegi, a na cmentarz przybyło kilka klas pobliskiej szkoły podstawowej i gimnazjum. Było pięknie, ludzie ubrani w czarne stroje z czerwonymi różami w bladych dłoniach. Kolorowe plecaki na plecach uczniów. Tuż przy trumnie matka w czarnej sukni i dwie jej córki. Wszystkie trzy ze łzami na śnieżnobiałych polikach. Matka głośno łkała, zaciskała zęby ze złości, złości na siebie, że puściła go wtedy, choć wiedziała, że to nie jej wina. Starsza córka Iza zakrywała co chwilę oczy dłońmi, by zatamować strumień łez. Jednak uwagę większości osób na pogrzebie zwracała Julia, młodsza córka. Stała niczym porcelanowa lalka, niewzruszona. Błękitne oczy wbiła w księdza, któremu za każdym razem gdy ją zauważał, malował się strach na twarzy. Czarne włosy miała po tacie, upięte w kok z różą przypiętą z boku wyglądały cudownie. Budziła swoją osobą fascynację, lecz co najdziwniejsze, nie wylała ani jednej łzy. Płakała wewnątrz.

niedziela, 30 października 2011

Co się ze mną dzieje?

Było jej zimno, bardzo zimno. Gdy się przebudziła właśnie chłód odczuwała najboleśniej, potem zapach. Zapach sali szpitalnej. Mała salka, jej przestrzeń. Łóżko, przy łóżku specjalne okrągłe krzesełko dla odwiedzających i szafka, na której stała salaterka z truskawkami. Było lato, promienie słońca przez okno odznaczały ślady na śnieżnobiałej kołdrze. Ściany również były śnieżnobiałe, wszystko było jakby białe. Przez chwilę nie zastanawiała się, dlaczego tu jest, co się z nią stało. Zafascynowało ją otoczenie, wiele kwiatów stojących pod i na parapecie. Spojrzała znów na kołdrę, tak bardzo zachciało jej się spać. Zamknęła więc oczy znów oddalając się w przestworza snu.
- Julciu?
Znów otworzyła oczy. Nim lekka mgiełka znikła, minęła pokaźna chwila. Zobaczyła na krzesełku mamę, która słodko uśmiechała się do niej. Nie odwzajemniła uśmiechu, zachowała kamienną twarz. Właśnie zaczęła zastanawiać się, co właściwie robi w tym miejscu. Jaki jest powód tego, że leży w szpitalu. Patrzyła matce prosto w oczy. Mimo niepewności, stęskniła się za nią i miała ochotę przytulić. Odkryła kołdrę rękoma i już miała wstać… Uśmiech z twarzy matki zniknął w jednym momencie. Julia jeszcze kilka razy próbowała wstać, bezskutecznie. Odkryła swoje ciało całkowicie, by
 spojrzeć na swoje nogi. Wyglądały normalnie, jak normalne nogi piętnastoletniej dziewczyny. Nie rozumiała, co jest nie tak.
            - Mamo, co się dzieje, dlaczego… dlaczego nie mogę wstać? Dlaczego…
            - Nie czujesz nóg, tak? – matka wbiła wzrok w podłogę.
            - Dokładnie. Podali mi jakieś znieczulenie?
            Matka nie mogła spojrzeć w oczy córce. Blada twarz Julii onieśmielała ją jak nigdy, poważne błękitne oczy i małe czerwone usta wyrażały strach. Siedziała na krześle obracając się na boki z wzrokiem wciąż wbitym w śnieżno białe płytki na podłodze. Tak wiele już w swoim życiu przeszła, tak wiele straciła. Mąż jej zmarł trzy lata temu, ledwo to przeżyła. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, mało obchodził ją wtedy los jej rodziny. Gdyby nie jej dwie córeczki, może zrezygnowała by z otrzymanego daru, jakim jest życie. A teraz, gdy jeden z jej największych skarbów leży w szpitalnym łóżku, sama przed sobą bała przyznać się do prawdy.
              - Tak córciu, to znieczulenie. Muszę do toalety.
            - Mamo, poczekaj! – wykrzyknęła za nią córka, lecz matka wybiegła szybko. Drzwi domknęły się lekko. Julia poprawiła jedynie czarną grzywkę, lecz nie odrywała od nich wzroku.
            Matka biegła korytarzem w stronę wyjścia. Pchnęła główne drzwi, zbiegła po schodach. Zatrzymała się. Wzięła głęboki oddech. Bała się, okropnie bała się tego, że nie poradzi sobie. Bała się też reakcji córki. Jednego była pewna – to nie ona oznajmi jej prawdę. Choć wiedziała, że powinna, za każdą próbą niewidzialna dłoń ściskała jej gardło. Nie potrafiła, zwłaszcza dlatego, że to tylko i wyłącznie jej wina.