niedziela, 30 października 2011

Co się ze mną dzieje?

Było jej zimno, bardzo zimno. Gdy się przebudziła właśnie chłód odczuwała najboleśniej, potem zapach. Zapach sali szpitalnej. Mała salka, jej przestrzeń. Łóżko, przy łóżku specjalne okrągłe krzesełko dla odwiedzających i szafka, na której stała salaterka z truskawkami. Było lato, promienie słońca przez okno odznaczały ślady na śnieżnobiałej kołdrze. Ściany również były śnieżnobiałe, wszystko było jakby białe. Przez chwilę nie zastanawiała się, dlaczego tu jest, co się z nią stało. Zafascynowało ją otoczenie, wiele kwiatów stojących pod i na parapecie. Spojrzała znów na kołdrę, tak bardzo zachciało jej się spać. Zamknęła więc oczy znów oddalając się w przestworza snu.
- Julciu?
Znów otworzyła oczy. Nim lekka mgiełka znikła, minęła pokaźna chwila. Zobaczyła na krzesełku mamę, która słodko uśmiechała się do niej. Nie odwzajemniła uśmiechu, zachowała kamienną twarz. Właśnie zaczęła zastanawiać się, co właściwie robi w tym miejscu. Jaki jest powód tego, że leży w szpitalu. Patrzyła matce prosto w oczy. Mimo niepewności, stęskniła się za nią i miała ochotę przytulić. Odkryła kołdrę rękoma i już miała wstać… Uśmiech z twarzy matki zniknął w jednym momencie. Julia jeszcze kilka razy próbowała wstać, bezskutecznie. Odkryła swoje ciało całkowicie, by
 spojrzeć na swoje nogi. Wyglądały normalnie, jak normalne nogi piętnastoletniej dziewczyny. Nie rozumiała, co jest nie tak.
            - Mamo, co się dzieje, dlaczego… dlaczego nie mogę wstać? Dlaczego…
            - Nie czujesz nóg, tak? – matka wbiła wzrok w podłogę.
            - Dokładnie. Podali mi jakieś znieczulenie?
            Matka nie mogła spojrzeć w oczy córce. Blada twarz Julii onieśmielała ją jak nigdy, poważne błękitne oczy i małe czerwone usta wyrażały strach. Siedziała na krześle obracając się na boki z wzrokiem wciąż wbitym w śnieżno białe płytki na podłodze. Tak wiele już w swoim życiu przeszła, tak wiele straciła. Mąż jej zmarł trzy lata temu, ledwo to przeżyła. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, mało obchodził ją wtedy los jej rodziny. Gdyby nie jej dwie córeczki, może zrezygnowała by z otrzymanego daru, jakim jest życie. A teraz, gdy jeden z jej największych skarbów leży w szpitalnym łóżku, sama przed sobą bała przyznać się do prawdy.
              - Tak córciu, to znieczulenie. Muszę do toalety.
            - Mamo, poczekaj! – wykrzyknęła za nią córka, lecz matka wybiegła szybko. Drzwi domknęły się lekko. Julia poprawiła jedynie czarną grzywkę, lecz nie odrywała od nich wzroku.
            Matka biegła korytarzem w stronę wyjścia. Pchnęła główne drzwi, zbiegła po schodach. Zatrzymała się. Wzięła głęboki oddech. Bała się, okropnie bała się tego, że nie poradzi sobie. Bała się też reakcji córki. Jednego była pewna – to nie ona oznajmi jej prawdę. Choć wiedziała, że powinna, za każdą próbą niewidzialna dłoń ściskała jej gardło. Nie potrafiła, zwłaszcza dlatego, że to tylko i wyłącznie jej wina. 

1 komentarz: