poniedziałek, 31 października 2011

Ojciec Julii.

Miał na imię Grzegorz. Jako dwudziestoletni mężczyzna wziął sobie za żonę Iwonę, kobietę, która całkowicie skradła mu serce. Byli razem szczęśliwi, całe miasteczko zazdrościło jej tak wspaniałego, odważnego i przystojnego męża. Po roku zdecydowali się na dziecko. Decyzję podjęli niemal z dnia na dzień, by po dziewięciu miesiącach na świat przyszła Izabel, pierwsza córeczka. Trzy lata później na świat przyszła druga córka – Julia. Żyło im się wspaniale. Grzegorz był strażakiem, którego chwalono i ceniono w mieście za zasługi, za to, że zawsze był. Iwona pisała. Była autorką trzech książek o ciąży, dzieciach. Wciąż dziergała coś w swoim notatniku, by później ubierać to w cudowne słowa przemawiające do wielu kobiet w kraju. Córki uczyły się w szkole w mieście. Mieszkali w niewielkim, drewnianym domku ze wspaniałym ogródkiem, o który dbała cała czwórka. Nie jedni zazdrościli im tego, że tak doskonale radzą sobie z dziećmi, pracą, domem. Dziewczynki były śliczne, dobrze wychowane. Były dumą rodziców.
            Pewnego jednak dnia coś złego zawisło w powietrzu. Była niedziela. Niedziela, jak niedziela. Wszyscy wstali dość późno i jedli śniadanie w kuchni. Rozmawiali na przeróżne tematy, wymieniali się najnowszymi wydarzeniami tygodnie. Grzegorz opowiadał, ile to kotów ściągnął z drzew i dachów w minionym tygodniu. Iwona mówiła, jak wiele udało jej się już napisać. Dziewczynki chwaliły się dobrymi ocenami, osiągnięciami w konkursach. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Odebrał ojciec. Wzywali go. Fabryka na przedmieściach, w której pracowało tyle ludzi, zawaliła się.  Przeprosił żonę, dzieci, że nie spędzi z nimi dzisiaj dnia. Obiecał, że wróci jak najszybciej będzie mógł. Obiecał, że wróci. Gdy dotarł na miejsce nie wierzył własnym oczom. Zero wyjścia, ludzie, którzy pracowali, zostali uwięzieni w środku, a zadaniem ich – strażaków – było wyciągnąć ich stamtąd bezpiecznie. Grzegorz wraz z innymi strażakami zaczęli przedzierać się przez tony gruzu. Nasłuchiwali krzyków ludzi, nawoływań o pomoc. Ciszę przerywały dwa, może trzy krzyki. Rozeszli się, by móc uratować każdą żywą istotę. Grzegorz, jako zaawansowany strażak, poszedł jedynie ze swoim najlepszym przyjacielem, Krzyśkiem. Przedzierali się przez mgłę kurzu, gdy nagle dotarli do wąskiej szczeliny, za którą kryła się dość głęboka dziura, w której ktoś szukał drogi, jednak bez wyjścia. Kobieta. Dwaj strażacy starali się przecisnąć przez otwór. Pierwszy wszedł Grzegorz, potem Krzysiek. Do tej pory ich koledzy zastanawiają się, dlaczego poszli razem, dlaczego jeden nie zaczekał na zewnątrz. Kobieta przyciśnięta była przez maszynę, która na szczęście nie działała. Próbowali ją spod niej wydostać, bezskutecznie. Postanowili wezwać pomoc, kazali jej chwilę czekać, zapewnili, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Pierwszy wyszedł Krzysiek. Przedarł się ledwo przez szparę, gdy nadeszła kolej na Grzegorza. Przyjaciel starał się mu pomóc, wziął go za rękę i wciągał stopniowo na zewnątrz. Jeden nieostrożny ruch, poruszona płyta. Wszystko wewnątrz dziury, z której właśnie próbował wydostać się Grzegorz, zostało przygniecione gruzem wraz z nim i kobietą. Ten, który przeżył, natychmiast wydostał się z fabryki by wezwać pomoc. Wtargnęli tam w siedmiu ze specjalnym sprzętem. Gdy dotarli na miejsce wraz z maszynami, zajęło to pokaźną chwilę. Zaczęli odgarniać gruz, przedzierać się przez kłęby kurzu. Dwa ciała, których życie uszło wraz z potężnym uderzeniem. Dwa ciała – kobiety, która została prawie uratowana i mężczyzny, który ją prawie uratował. Widok był przerażający.
            Wieść o śmierci najbardziej cenionego strażaka szybko rozeszła się po miasteczku. Żona dowiedziała się pierwsza. Świat zawalił się dla niej równie tak, jak gruz tamtej niedzieli w fabryce. Na pogrzebie było bardzo dużo ludzi, kościół wypełniony był po brzegi, a na cmentarz przybyło kilka klas pobliskiej szkoły podstawowej i gimnazjum. Było pięknie, ludzie ubrani w czarne stroje z czerwonymi różami w bladych dłoniach. Kolorowe plecaki na plecach uczniów. Tuż przy trumnie matka w czarnej sukni i dwie jej córki. Wszystkie trzy ze łzami na śnieżnobiałych polikach. Matka głośno łkała, zaciskała zęby ze złości, złości na siebie, że puściła go wtedy, choć wiedziała, że to nie jej wina. Starsza córka Iza zakrywała co chwilę oczy dłońmi, by zatamować strumień łez. Jednak uwagę większości osób na pogrzebie zwracała Julia, młodsza córka. Stała niczym porcelanowa lalka, niewzruszona. Błękitne oczy wbiła w księdza, któremu za każdym razem gdy ją zauważał, malował się strach na twarzy. Czarne włosy miała po tacie, upięte w kok z różą przypiętą z boku wyglądały cudownie. Budziła swoją osobą fascynację, lecz co najdziwniejsze, nie wylała ani jednej łzy. Płakała wewnątrz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz